Bose buty – czyli jakie obuwie dla bosaków

Bose buty – czyli jakie obuwie dla bosaków

Z punktu widzenia idei chodzenia boso posiadanie butów by chodzić boso to absurd. Tak jednak reklamują się producenci tego typu obuwia. Chcesz chodzić boso – kup sobie buty. Dziwne? Może nie do końca. Dla osoby lubiącej chodzić boso obuwie klasycznej konstrukcji to po prostu męka. Ktoś kiedyś wpadł na pomysł, że zrobi obuwie, które jednak jeszcze „butem” jest, ale jak najmniej ingeruje w naturalny ruch stopy oraz uwydatnia doznania sensoryczne.

Pierwszą marką jaka pojawiła się na rynku (polskim bynajmniej) jest Vibram Five Fingers.

VFF to w zasadzie rękawiczka na stopy. Skoro nosimy rękawiczki na rękach, to dlaczego nie można na stopach – która też ma palce. I tą myśl rozwinięto. Vibram Five Fingers na chwilę obecną to bardzo wiele modeli i fasonów. Produkt załapał, szczególnie u biegaczy „naturalnych” – taki też był target. Ja nabyłem je od razu jak tylko pojawiły się na polskim rynku. Model pierwszy, podstawowy Classic. Cienka podeszwa (3.5mm w najgrubszym miejscu), dodatkowo nacinana, w miejscach gdzie stopa się zgina. Wierzch stopy odsłonięty. Ideał. Kupiłem i jestem zadowolony. Rękawiczki niezniszczalne. Przeżyły prań… Nie wiem, nie jestem w stanie policzyć, ani nawet zgrubnie oszacować. Wychodziłem dziurę w podeszwie, a mimo to jeszcze czasami używam. Kosztowały mnie na promocji albo 180 PLN albo 250 PLN. Normalna cena wyższa, ale i tak są warte swojej ceny. Pamiętam pierwsze kroki. Człowiek w zwykłym obuwiu jest przyzwyczajony do patologicznego chodu, czyli najpierw ląduje pięta. Myślałem, że mi wypadną wszystkie plomby. Na szczęście przestawiłem się szybko na stawianie najpierw śródstopia i teraz… Mogę biegać i nie czuję że mam twardy grunt. Amortyzacja naturalna, a nie „air nike”. Pierwsze odczucia. Wow! Czuć fakturę gruntu, czuć każdy kamień. O to mi chodziło. Od wielu lat jestem wierny marce, bo to jest to, czego poszukiwałem. Jednak do tego miodu łyżka dziegciu (spora). Producent poszedł w złą stronę. W ofercie oprócz Classic tylko EL-X ma równie cieńką (cieńszą, bo 3mm) podeszwę. Wszystkie pozostałe modele mają ją grubszą do niestety odbija się na ich „bosości”. Mam model Seeya. Po pierwszym włożeniu czuć, że podeszwa jest bardziej sztywna i grubsza. „Bunkrów nie ma, ale też jest fajnie”. Jednak miał być boso, więc pozostaję tylko przy Classic i EL-X i będę im wierny. Pozostałych nie polecam, szczególnie wersji zimowej, bo jest sztywna i koncepcja rozdzielenia palców w chłodzie nie jest dobra.

But zwykły, ale z cienką podeszwą. Mam dwa takie wytwory, w których chodzi się bardzo przyjemnie. Jeden to Magical Shoes polskiego producenta.

Wygodne, bardzo elastyczne. Można je zwinąć w rulonik prawie tak jak pokazuje producent na reklamówce. Wady? Cena. Bardzo drogie. Zbyt krótko je mam i jeszcze zbyt mało chodziłem, by powiedzieć że są warte swojej ceny. Trzymam je jako awaryjne buty w pracy, bo najmniej rzucają się w oczy jak „odstające” od normy.
Druga opcja, w zbliżonej cenie (nieco taniej). Merrell Vapour Glove (albo w nieco cięższej wersji Trial Glove).

Podeszwa Vibram, nie tak miękka jak w Magical Shoes, ale równie elastyczna, co pozwala zwinąć but w rulonik. Bardzo przewiewne, więc buty raczej na wiosnę (dla morsów wczesna wiosna). Wykładka mimo że z tworzywa syntetycznego to przyjemniejsza w dotyku niż w Magical Shoes. Przeżyły już dwa prania, więc nie jest źle. Czy są warte swojej ceny – tak.

Świat (internet) chyba bardzo lubi tworzyć grupy (kasty) wyróżniające się na tle innych, twierdzące że ich produkt jest najlepszą opcją, rozwiązuje wszystkie problemy, strzał w 10. Hasło: sandały do biegania naturalnego. Jeżu Chryste! Dałem się na to nabrać i kupiłem Monk Sandals oraz Magical Shoes. Monk Sandals.

Chodzi się bardzo fajnie, mimo że to parciane paski i podeszwa, ale bieganie? To jakieś nieporozumienie. Próbowałem się przebiec trochę i po prostu nie widzę możliwości by móc w tej konstrukcji biegać. Poszedłem raz na szlak górski, lekki. Dało radę, ale nie polecam. Próbowałem podobny szlak w VFF Seeya. Rewelacja. Jaka jest różnica? W sandałach istnieje możliwość przesuwania się stopy względem podeszwy, co może być niebezpieczne. W VFF’kach nie ma takiej opcji. To druga skóra na stopie, więc kroki stawia się bardzo pewnie.
Najwygodniejsze sandałki minimalistyczne to Magical Shoes.

Nie są szczytem estetyki, ale są bardzo wygodne i elastyczne. Wiązanie w postaci sznurowadła bardzo wygodne, choć trzeba wstępnie trochę się zastanowić, by opanować technikę wiązania. Polecam. Oczywiście to nie wszystko co oferuje rynek. Wystarczy wpisać hasło „running sandals” a jestem raczej pewien, że trafi się na podeszwę lekką i elastyczną – bo taka musi być. Ceny różne i większość niedostępna w Polsce.

Generalnie za powyższe produkty ręczę, bo mam i używam. Polecam. Początkujący chcący spróbować chodzenia bliżej natury będą zaskoczeni dowolnym z nich. To jest niebo a ziemia w stosunku do przeciętnego buta codziennego użytku.

Co ma rynek, a czego ja jeszcze nie miałem… Dwie ciekawe pozycje. Jedna z nich to skarpetki „wzmacniane”. Małe dzieci często noszą skarpetki z naklejaną antypoślizgową gumą. Wersja dla dorosłych? Czemu nie. Rynek zna dwie marki. FYF oraz Skinners.

FYF to skarpetki… Raczej rękawiczki wykonane ze specjalnego włókna syntetycznego, których podeszwa pokryta jest fakturą antypoślizgową. Koncepcja bardzo ciekawa, tym bardziej, że według mnie w lekkich FiveFingers’ach podzielenie palców działa nieźle. Koszt około 80$. Sporo. Tym bardziej, że jest to cena w zagranicznym sklepie. Gdyby w Polsce były dostępne, to zapewne będą droższe (tak jak to jest z wszelkiego tego typu wynalazkami).

Druga marka to Skinners. Koncepcja ta sama. Materiał pokryty antypoślizgową fikstruą. Palce tym razem łączone a materiału antypoślizgowego znacznie większe. Poza naszymi granicami, cena około 50 Euro. Nie są tanie. Skarpetki tego typu z pewnością najmniej ingerują w naturalny ruch stopy. Nie wiem jak z chodzeniem po wilgotnym gruncie/terenie. VFF’ki dają jadę. O ile nie ma kałuży lub są naprawdę płytkie, to stopa jest sucha. FYF – raczej na suchy teren. Skinners? Trudno powiedzieć. Czy chciałbym mieć? Hmmm… Zastanawiam się. Byłyby to najdroższe skarpetki jakie kiedykolwiek miałem. Obawiam się, że pomimo super technologii super włókien i tak nie przeżyją codziennej eksploatacji przez czas usprawiedliwiający cenę.

I na koniec… Kolczuga na stopy.

Wygląda to bardzo fajnie. Gost Barefoots produkuje bardzo dużo modeli i wersji. Z pewnością kolczuga z dobrych oczek jest wygodna. Nie mniej jednak ta koncepcja do mnie nie przemawia, a jeszcze mniej przemawia cena. Niektóre modele kosztują ponad 300 Euro! W zasadzie nic dziwnego. Kolczuga jest skonstruowana tak a nie inaczej. Ekscentryczne i drogie. Dobre by pochwalić się w odpowiednim towarzystwie. Naprawdę najtaniej i najprzyjemniej jest chodzić boso będąc boso – tak po prostu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *